
Kat
Crime
Nowogard – kilkunastotysięczne miasteczko w województwie zachodniopomorskim jest celem mojej podróży. Jestem młodym, początkującym dziennikarzem. Chcę przeprowadzić wywiad z człowiekiem. Katem. Jak podają oficjalne żródła ostatni wyrok śmierci wykonany został pod koniec dwudziestego wieku. Była to egzekucja wykonana z mocy prawa przez jedynego czynnego zawodowo kata w Polsce. Jadąc od strony Szczecina wjeżdżam do nowoczesnego, zadbanego, czystego miasta. Ani śladu średniowiecza, z którym ten zawód nieodłącznie mi się kojarzy. Pierwsze kroki kieruję do Urzędu Miasta i Gminy Nowogard. Grzecznie się witam i przedstawiam. Mówię po co przyjechałem i uprzejmość się kończy. Zostaję wyproszony. Twierdzą, że nikt tutaj nie udzieli mi jakichkolwiek informacji. Kat był zatrudniony w Zakładzie Karnym, więc tam kieruję moje kroki. Trafiam na wysoki betonowy mur z potężną stalową bramą. Znajduję dzwonek. Dzwonię. W bramie otwiera się metalowa klapka.
- Słucham.
- Dzień dobry jestem dziennikarzem niewielkiej lokalnej gazetki. Chciałbym przeprowadzić wywiad z katem.
- Proszę?
Powtarzam wszystko od początku. Klapka zamyka się, a ja mam czekać. Po kilkunastu minutach mówią mi, że nikt nie będzie ze mną rozmawiał. Nie podają nawet przyczyny. Wszyscy umywają ręce od niewygodnego tematu. Idę przez miasto zrezygnowany. Nic tu po mnie. Liczyłem na ciekawą, nieco sensacyjną rozmowę. Nadaremnie. Żadnych śladów po kacie. Tabliczek, pomników, wskazówek. Widocznie nie ma się czym chwalić.
- Szefie, dasz na wino ?- dociera do mnie pytanie, kiedy jestem w rejonie dworca PKS.
- Pewnie, nawet na kilka- świta mi pomysł kiedy widzę ucieszoną minę tamtego- ale coś za coś.
- Tak, szefie?
- Szukam waszego miejscowego kata, chcę z nim pogadać.
- Nie ma sprawy, szefie- mówi tamten nie speszony- ale najpierw wino.
- Ok.- zgadzam się natychmiast. Drugiej okazji mogę nie mieć . Niecierpliwię się, kiedy spotkam pana życia i śmierci. Szybko realizujemy pierwszą część transakcji. Następnie mój klient prowadzi mnie kilkanaście minut w rejon chyba miejskiego parku. Tutaj pod krzakami siedzi trzech mężczyzn. W myślach układam sobie pytania:
- Co pan czuł będąc katem ludzi w majestacie prawa ?
- Czy interesował się pan skazanymi, kim byli, co zrobili ?
- Jak często wykonywał pan wyroki ?
- Czy żałuje pan tego ?
- Podjąłby się pan ponownie takiej pracy ?
To tylko nieliczne z nich. Resztę miałem spisane w notatniku.
- Roman, ktoś do ciebie- mówi przewodnik do siedzącego z boku.
- Dzień dobry, jestem dziennikarzem, chciałbym z panem porozmawiać.
- O czym?- słyszę zachrypnięty głos. Mój rozmówca jest delikatnie mówiąc wstawiony. Śmierdzi i wygląda na kloszarda. Nieogolony z tłustymi, ciemnymi włosami prezentuje się okropnie.
- O pańskiej pracy- ledwo zdążyłem zrobić unik, kiedy rzucił we mnie butelką po niedopitym winie.
- Spieprzaj.
- ???
- Spieprzaj mówię, bo jak wstanę to nie ręczę za siebie.- Podnosi się przy tym i widzę w jego ręku sporych rozmiarów kamień. Nie wiem czym to mogło się skończyć, gdyby nie mój przewodnik. Zrywa się i łapie mnie za rękaw.
- Roman, nie denerwuj się, spokojnie, on – wskazuje na mnie głową- już znika, ja go odprowadzę.
Idziemy ponownie przez park lecz w odwrotnym kierunku.
- Nie trzeba się nim przejmować. Roman to dobry chłop, ale porywczy. Jakiś czas był u czubków. Podleczyli go trochę i wypuścili. Szefie, za kilka win opowiem co za głupoty chodzą mu po głowie. Dobrze ?
Zgadzam się. Najpierw jednak chcę usłyszeć historię, potem zapłacę.
- Roman był katem kilkanaście lat. Nigdzie indziej nie pracował. Kiedy dostawał zlecenie szedł do kryminału, robił co swoje i wracał do domu. Na co dzień był normalnym człowiekiem. Lubił wypić, jak wszyscy. Po kilku latach zaczęło się coś z nim dziać. Zaczął stronić od ludzi. Unikał wszystkich. Jeśli już kogoś spotykał to żeby z nim wypić. Często, coraz częściej. Póżniej nie trzeźwiał. Był w pracy nie raz wstawiony. Nikt nie zwracał na to jednak uwagi. Opowiadał przy alkoholu niestworzone rzeczy. Mówił na przykład, że widzi przed samym końcem egzekucji jak ze skazańca wychodzi Bestia. Wielka, rogata. Pokazuje mu wtedy gest Kozakiewicza i rozpływa się. Skazaniec oddycha wtedy, głęboko, z ulgą i zaraz potem jest po wszystkim. Roman mówi, że przez Bestię nie może być trzeźwy. Ze strachu. Tylko kiedy pije nie obawia się jej tak bardzo. Nawet teraz, gdy nie pracuje. Jest na wariackiej rencie. Według niego, my ludzie jesteśmy najlepszymi nośnikami dla całego tego kosmicznego syfu. Jak płyty DVD. Naszym zadaniem jest odtwarzać wszelakie formy, które w inny sposób by nie zaistniały. Twierdzi, że cała ta światowa religia to jedna wielka lipa. Dlatego jest tyle religii- pan wybaczy ale ja tylko powtarzam- żeby nikt nie doszedł jak jest naprawdę.
- A jak jest naprawdę ?
- Według Romana naprawdę jest tak, że jeden, jedyny Bóg przeraził się genialności człowieka, którego stworzył na swoje podobieństwo. Tak bardzo, że chciał go zniszczyć w obawie o siebie. Posłał za nim więc bestię, ale człowiek od wieków broni się dzielnie. Ponieważ nic to nie dało, pomieszał nam mowę i przyczynił się do powstania wielu lokalnych bożków, żebyśmy się powybijali w ich imieniu. Roman mówi – ale szefie to plugastwo istne- że tylko ludzie mogą być miłosierni i wszechpotężni. Nic więcej nie powiem. Jak szef chce to może spróbować porozmawiać z nim jeszcze raz, ale ostrzegam, jak Roman wpada w szał to mam wrażenie, że z tą bestią to sama prawda.
Wyjeżdżam zrezygnowany. Mój pierwszy życiowy wywiad spalił na panewce. Zamiast jakiegoś sensacyjnego odkrycia zdobyłem stek bzdur od zapijaczonego lumpa, nawet bez autoryzacji głównego bohatera. Całe szczęście, że drogo mnie to nie kosztowało.
Ostatnio byłem ponownie w Nowogardzie. Przypadkiem spotkałem znanego lumpa.
- Co u Romana?
- Umarł. Siedział z nami. Piliśmy, jak zawsze kiedy Roman głęboko westchnął i osunął się na ziemię. Wezwaliśmy pogotowie, ale lekarz powiedział, że to Boski wyrok- zawał.
- Słucham.
- Dzień dobry jestem dziennikarzem niewielkiej lokalnej gazetki. Chciałbym przeprowadzić wywiad z katem.
- Proszę?
Powtarzam wszystko od początku. Klapka zamyka się, a ja mam czekać. Po kilkunastu minutach mówią mi, że nikt nie będzie ze mną rozmawiał. Nie podają nawet przyczyny. Wszyscy umywają ręce od niewygodnego tematu. Idę przez miasto zrezygnowany. Nic tu po mnie. Liczyłem na ciekawą, nieco sensacyjną rozmowę. Nadaremnie. Żadnych śladów po kacie. Tabliczek, pomników, wskazówek. Widocznie nie ma się czym chwalić.
- Szefie, dasz na wino ?- dociera do mnie pytanie, kiedy jestem w rejonie dworca PKS.
- Pewnie, nawet na kilka- świta mi pomysł kiedy widzę ucieszoną minę tamtego- ale coś za coś.
- Tak, szefie?
- Szukam waszego miejscowego kata, chcę z nim pogadać.
- Nie ma sprawy, szefie- mówi tamten nie speszony- ale najpierw wino.
- Ok.- zgadzam się natychmiast. Drugiej okazji mogę nie mieć . Niecierpliwię się, kiedy spotkam pana życia i śmierci. Szybko realizujemy pierwszą część transakcji. Następnie mój klient prowadzi mnie kilkanaście minut w rejon chyba miejskiego parku. Tutaj pod krzakami siedzi trzech mężczyzn. W myślach układam sobie pytania:
- Co pan czuł będąc katem ludzi w majestacie prawa ?
- Czy interesował się pan skazanymi, kim byli, co zrobili ?
- Jak często wykonywał pan wyroki ?
- Czy żałuje pan tego ?
- Podjąłby się pan ponownie takiej pracy ?
To tylko nieliczne z nich. Resztę miałem spisane w notatniku.
- Roman, ktoś do ciebie- mówi przewodnik do siedzącego z boku.
- Dzień dobry, jestem dziennikarzem, chciałbym z panem porozmawiać.
- O czym?- słyszę zachrypnięty głos. Mój rozmówca jest delikatnie mówiąc wstawiony. Śmierdzi i wygląda na kloszarda. Nieogolony z tłustymi, ciemnymi włosami prezentuje się okropnie.
- O pańskiej pracy- ledwo zdążyłem zrobić unik, kiedy rzucił we mnie butelką po niedopitym winie.
- Spieprzaj.
- ???
- Spieprzaj mówię, bo jak wstanę to nie ręczę za siebie.- Podnosi się przy tym i widzę w jego ręku sporych rozmiarów kamień. Nie wiem czym to mogło się skończyć, gdyby nie mój przewodnik. Zrywa się i łapie mnie za rękaw.
- Roman, nie denerwuj się, spokojnie, on – wskazuje na mnie głową- już znika, ja go odprowadzę.
Idziemy ponownie przez park lecz w odwrotnym kierunku.
- Nie trzeba się nim przejmować. Roman to dobry chłop, ale porywczy. Jakiś czas był u czubków. Podleczyli go trochę i wypuścili. Szefie, za kilka win opowiem co za głupoty chodzą mu po głowie. Dobrze ?
Zgadzam się. Najpierw jednak chcę usłyszeć historię, potem zapłacę.
- Roman był katem kilkanaście lat. Nigdzie indziej nie pracował. Kiedy dostawał zlecenie szedł do kryminału, robił co swoje i wracał do domu. Na co dzień był normalnym człowiekiem. Lubił wypić, jak wszyscy. Po kilku latach zaczęło się coś z nim dziać. Zaczął stronić od ludzi. Unikał wszystkich. Jeśli już kogoś spotykał to żeby z nim wypić. Często, coraz częściej. Póżniej nie trzeźwiał. Był w pracy nie raz wstawiony. Nikt nie zwracał na to jednak uwagi. Opowiadał przy alkoholu niestworzone rzeczy. Mówił na przykład, że widzi przed samym końcem egzekucji jak ze skazańca wychodzi Bestia. Wielka, rogata. Pokazuje mu wtedy gest Kozakiewicza i rozpływa się. Skazaniec oddycha wtedy, głęboko, z ulgą i zaraz potem jest po wszystkim. Roman mówi, że przez Bestię nie może być trzeźwy. Ze strachu. Tylko kiedy pije nie obawia się jej tak bardzo. Nawet teraz, gdy nie pracuje. Jest na wariackiej rencie. Według niego, my ludzie jesteśmy najlepszymi nośnikami dla całego tego kosmicznego syfu. Jak płyty DVD. Naszym zadaniem jest odtwarzać wszelakie formy, które w inny sposób by nie zaistniały. Twierdzi, że cała ta światowa religia to jedna wielka lipa. Dlatego jest tyle religii- pan wybaczy ale ja tylko powtarzam- żeby nikt nie doszedł jak jest naprawdę.
- A jak jest naprawdę ?
- Według Romana naprawdę jest tak, że jeden, jedyny Bóg przeraził się genialności człowieka, którego stworzył na swoje podobieństwo. Tak bardzo, że chciał go zniszczyć w obawie o siebie. Posłał za nim więc bestię, ale człowiek od wieków broni się dzielnie. Ponieważ nic to nie dało, pomieszał nam mowę i przyczynił się do powstania wielu lokalnych bożków, żebyśmy się powybijali w ich imieniu. Roman mówi – ale szefie to plugastwo istne- że tylko ludzie mogą być miłosierni i wszechpotężni. Nic więcej nie powiem. Jak szef chce to może spróbować porozmawiać z nim jeszcze raz, ale ostrzegam, jak Roman wpada w szał to mam wrażenie, że z tą bestią to sama prawda.
Wyjeżdżam zrezygnowany. Mój pierwszy życiowy wywiad spalił na panewce. Zamiast jakiegoś sensacyjnego odkrycia zdobyłem stek bzdur od zapijaczonego lumpa, nawet bez autoryzacji głównego bohatera. Całe szczęście, że drogo mnie to nie kosztowało.
Ostatnio byłem ponownie w Nowogardzie. Przypadkiem spotkałem znanego lumpa.
- Co u Romana?
- Umarł. Siedział z nami. Piliśmy, jak zawsze kiedy Roman głęboko westchnął i osunął się na ziemię. Wezwaliśmy pogotowie, ale lekarz powiedział, że to Boski wyrok- zawał.

what language is this? polish? I would really like to read this...or at least translate it